„Korona Śniegu i Krwi” – Tadeusz Gauer

27 czerwca 2013

„Żyję we wzajemnie wykluczających się światach.

A może paradoksalnie uzupełniających się, […]  

Potrzebuję silnego wiatru, morza i muzyki.”

 

 

Rozmowa z Tadeuszem Gauerem

kompozytorem muzyki do słuchowiska pt. Korona Śniegu i Krwi

 

tadeusz2

Autor zdjęcia: Karol Skiba.

 

 

Jesteś artystą, którego można zaliczyć do młodego pokolenia. Gdybyś miał opisać siebie w paru zdaniach jak by one brzmiały?

 

Jestem z rocznika 1991, czyli należę do pokolenia dzisiejszych dwudziestolatków. Jaki jestem? Jak mam opisać siebie? Żyję we wzajemnie wykluczających się światach. A może paradoksalnie uzupełniających się, czy jak mówi Elżbieta Cherezińska „rymujących się ze sobą”. 

 

Sport i muzyka. Uprawiam kitesurfing i komponuję. Potrzebuję silnego wiatru, morza i muzyki. Kolejność zupełnie przypadkowa, bo to są moje światy równoległe. A zatem promuję zdrowy styl życia i muzykę filmową. Fitness i wiolonczela. Dobra, dietetyczna, zdrowa kuchnia, nowoczesna sztuka kulinarna oraz epicka, wielopoziomowa muzyka z monumentalnymi, ale nie patetycznymi chórami.

 

Natura i Kultura. Skaczę, biegam po tych rejonach i nie czuję się „barbarzyńcą w ogrodzie”, po prostu mam dwie oswojone krainy. Obie dają mi poczucie sensu i szczęścia. Wypływam „kajtem” w głąb morza i czuję się wolny. Komponuję sceny batalistyczne i czuję tę samą wolność. Jestem energią. Lubię dać na luz i lubię dać czadu. To mi zostało po skatebordingu. Byłem, a gdzieś w głębi duszy jeszcze jestem, „skejterem na streecie”. Moja najfajniejsza część młodości upłynęła na deskorolce i z wiolonczelą na plecach. Z miejscówek w Kołobrzegu jechałem na lekcje wiolonczeli. Słuchałem Eminema i Vivaldiego. Robiłem raperskie kawałki dla mojej klasy z technikum i ćwiczyłem suity Bacha. Jeździłem na zawody deskorolkowe, robiłem bity do rapu i komponowałem muzykę do spektaklu teatralnego. Gdy zdawałem maturę miałem 19 lat i za sobą kilka zwycięstw deskorolkowych, „mega zajawkę” na kitesurfing, osiągi na siłowni, marzenia o sportowym treningu personalnym i muzykę do trailerów filmowych dla stacji telewizyjnej FilmBox oraz kompozycje do spektaklu teatralnego.

 

Jak jestem? Pełen łączących się ze sobą sprzeczności. Jest na to taka „wypasiona” nazwa z dawnych czasów: coincidentia oppositorum – bardzo mi pasuje i muzycznie brzmi, nazwa z melodią. (śmiech) Taki jestem. Do wszystkiego muszę mieć…. melodię!

 

 

 

Kiedy zaczęła się Twoja Przygoda z muzyką?

 

Od zawsze… Mój dom to muzyka. Wychowałem się na miksie różnorodnej muzyki: Genesis, Pink Floyd, Led Zeppelin, Michael Jackson, Barbara Streisand i cały ten… jazz – od Keitha Jarretta do Chicka Corea i Diany Krall.

 

W domu stało genialne, stare pianino Fender Rhodes mojego taty, który jest pianistą jazzowym. Zamiast na jazz poszedł na astrofizykę, ale gra do dziś. Odebrałem więc solidną, wszechstronną edukację muzyczną. I oczywiście mega ilości muzyki poważnej, której „kilogramami” słuchali rodzice: Mozart, Bach, Szostakowicz, Arvo Pärt, opery. Byłem tym „bombardowany, otulany, kołysany”. Oddychałem muzyką.

 

I oczywiście miałem nauczyć się gry na fortepianie, jak tata. Ale ja idę zawsze pod prąd, pod wiatr i sam wybrałem wiolonczelę. To mój, niezależny wybór. Miałem wtedy 8 lat. Na pierwszej lekcji gry na wiolonczeli, miałem zaprezentować swoje umiejętności muzyczne. A że grać wówczas jeszcze nie potrafiłem, to… odśpiewałem fragment z Vivaldiego – partie smyczków i część instrumentów dętych. W każdym razie dałem czadu! I tak przez kolejne 8 lat. Moją niepokorną naturę świetnie rozumieli moi nauczyciele gry na wiolonczeli, pani Zosia Nowak – nieprzeciętna osobowość oraz niezwykły człowiek, dyrygent i wiolonczelista Jan Maślankiewicz-Pogány.

 

Wychowałem się nad morzem, w kameralnym mieście. Tu zaczęła się moja Przygoda z muzyką. To bardzo mnie łączy z Elżbietą Cherezińską, my z Północy, mamy ten sam wiatr we włosach, znad morza… (śmiech)

 

  

Pamiętasz swoją pierwszą kompozycję?

 

Pamiętam doskonale. Miałem wówczas 12 lat i skomponowałem suitę na wiolonczelę. Niestety konkursowa komisja nie uwierzyła, że to moja kompozycja. Zdruzgotany, z wiolonczelą w garści, powędrowałem do domu. Nic sobie wtedy nie obiecywałem, że kiedyś ja im dam, że jeszcze wszystkim pokażę, że jak oni tak mogli. Nic takiego. Po prostu było mi smutno i dla poprawienia humoru kupiłem sobie największą porcję kebabu. (śmiech) Teraz też czasem słyszę, że to niemożliwe, że to skomponowałem, bo mam tylko 22 lata. Czyli muszę się zestarzeć i zapuścić brodę. (śmiech) Istnieje chyba jakiś stereotyp kompozytora, sam nie wiem. Czasem tęsknię za XVII wiekiem. Kompozytor to był wówczas taki sam zawód jak każdy inny. Cóż dziś jestem za młody, a w XVII wieku może byłbym za stary. Rzeczywiście wszyscy kompozytorzy, których poznałem podczas nauki kompozycji filmowej i orkiestracji w Berklee College of Music byli ode mnie dużo starsi. Byłem najmłodszy, ale nie liczył się wiek, tylko muzyka, tylko to, co ktoś z nas skomponował, jaki miał pomysł oraz czym się inspirował. Choć byliśmy z różnych stron świata, pochodziliśmy z odmiennych kultur, łączyła nas muzyka. I to było piękne!

 

Moja pierwsza orkiestracyjna kompozycja powstała, gdy miałem 17 lat. Od zawsze słyszałem orkiestrę. Miałem i mam ją do zawsze w głowie. I chóry… Chciałem to urzeczywistnić, urealnić. Więc spróbowałem. Lubię ekstremalne wyzwania. (śmiech) Oczywiście inspiracją były dla mnie filmy i przede wszystkim filmy. Chciałem też spróbować skomponować utwór w stylu wielkich produkcji Hollywood. I tak się zaczęło.

 

 korona_okladka

 

Jak przygotowywałeś się do pracy przy słuchowisku pt. „Korona Śniegu i Krwi”?

 

Oczywiście na początku była… książka. Niezwykła, inna niż wszystkie, energetyczna, wielowymiarowa, dla mnie przede wszystkim absolutnie filmowa. Ufam, że kiedyś ktoś zrobi z niej super polską produkcję filmową.

 

Komponowanie muzyki do słuchowiska jest wielkim wyzwaniem. Nie ma obrazu. Jest tylko słowo. Liczy się tylko wyobraźnia kompozytora. Uwiodła mnie epickość pisarstwa Elżbiety Cherezińskiej, zaufałem wyobraźni pisarki, poszedłem po śladach Elżbiety, po jej tropach, pozostawionych znakach. Wcześniej zawsze komponowałem do obrazu, było to więc dla mnie duże wyzwanie. Zatem po pierwsze lektura tekstu i po drugie rozmowy z autorką „Korony Śniegu i Krwi”. Kapitalnie inspirował mnie do pracy reżyser Robert Mirzyński. Jego nieprawdopodobna energia, entuzjazm do tego projektu, kreatywność i otwartość na pomysły dodały mi skrzydeł. Zaufał mi po prostu. Dał zielone światło. Mogłem poszaleć. (śmiech) Od początku współpracy z Robertem Mirzyńskim wiedzieliśmy, jakie to ma być słuchowisko, na czym nam zależy. Historia przede wszystkim, ale opowiadana we współczesny sposób. Wiarygodność, ale też miejsce na wyobraźnię. Najwięcej pracy wymagały ode mnie sceny batalistyczne, ich dramatyzm i energia. W powieści genialnie opisane, z wielką dbałością o detale, z wewnętrznym rytmem, gdzieś z ducha Homera wyjęte, z moich młodzieńczych wspomnień „Iliady”, którą rodzice czytali mi jako baśń. Dlatego choć najtrudniejsze kompozycyjnie były mi bardzo bliskie. No i duch powieści. Nareszcie bez gloryfikowania narodowej klęski, nowy i ożywczy patriotyzm. To bardzo rozwijało moją muzyczną wyobraźnię. I melodia, rytm zdań, onomatopeiczne brzmienia w opisach walk, wplatane pieśni, rytmizacje w wersach. Dla muzyka cudo. Ufam, że kiedyś ktoś zrobi badania nad pisarstwem Elżbiety Cherezińskiej i udowodni, że to… muzyczne powieści. I jeszcze charyzmatyczna osobowość pisarki. Wszystko to miało ogromny wpływ na moje kompozycje.

 

 

 

Czy proces tworzenia muzyki do słuchowiska różnił się od innych projektów?

 

Oczywiście. Pierwszy raz pracowałem przy tak dużym projekcie. To jednak kilka godzin muzyki, a nie 30 sekund do trailera filmowego. I do tego tak różnorodnej, w tak odmiennych nastrojach. Ale myli się ten, który sądzi, że do dżingli łatwiej zrobić muzykę. Siedem sekund to mega skrót i trzeba w te siedem sekund przykuć uwagę współczesnego człowieka, który żyje w totalnym pędzie, w migającym świecie z błyskawicznie następującymi po sobie zdarzeniami. To też wyzwanie. Z założenia muzyka do słuchowiska „Korona śniegu i krwi” miała być wielowymiarowa, budująca skrajne emocje, nastroje. Jednak trzeba było znaleźć inny język muzyki dla Lukardis, a zupełnie inny dla Mechtyldy Askańskiej; podobnie z Kingą, Jakubem Świnką czy przede wszystkim Przemysłem. W powieści jest też sfera biesiadna: kapitalne rozmowy, spory, polityczne żarty, iskrzący dowcip, lekkość, z jaką pije się wino, miód. Ale jest też tajemnica, jest bestiariusz, jest mrok, cierpienie i śmierć. Ucieczki, pościgi, ława królów, koronacja, korona z krwi i lodu na głowie zamordowanego króla, piękne kobiety w ramionach silnych facetów, magiczne i erotyczne klimaty. I na to wszystko musiałem mieć pomysł. A muzyka? Od szalonej instrumentacji na pełną orkiestrę z chórem, po skromną harfę i głos kobiecy. Prace rozpoczęły się pod koniec lipca 2012 roku, a pierwszą porcję muzyki wysłałem do Elżbiety Cherezińskiej i Roberta Mirzyńskiego 15 września zeszłego roku. Potem to już poszło jak burza. A i burzę musiałem skomponować. (śmiech)

 

Bardzo dużo pracy, niewiele czasu, ale w kapitalnej atmosferze i z cudownymi ludźmi. Nie można sobie wymarzyć lepszego projektu. I jeszcze wisienka na torcie, czyli serdeczna i bardzo profesjonalna opieka Wydawnictwa Zysk i S-ka. Czyli miałem dużo szczęścia.

 

tadeusz1

Autor zdjęcia: Karol Skiba.

 

  

Skąd czerpiesz inspiracje? Jaki kompozytorów cenisz?

 

Banalnie można rzec, że z życia. Ale to byłaby tzw. ściema, która nic nie znaczy. Muzyka inspiruje tak naprawdę wszystko to, co jest dźwiękiem, odgłosem, ale też to, co dzieje się, co przytrafia się, z czym, z kim się spotyka. Trzeba mieć tzw. oczy szeroko zamknięte… cokolwiek by to nie znaczyło. I muzyka. Po prostu muzyka. Wiem, że niektórzy pisarze nie czytają książek, bo nie chcą się inspirować cudzą twórczością albo po prostu nie mają czasu na czytanie innych twórców. Ja działam dokładnie odwrotnie. Słucham. Ciągle się czegoś uczę. Od dawnych Mistrzów takich jak: Bach, Mozart, Vivaldi, Szostakowicz, Strawiński, Pärt, ale i od moich filmowych Mistrzów: Alexandra Desplata, Hansa Zimmera, Briana Tylera czy Marco Beltramiego.

 

 

 

Tworzysz różne formy muzyczne od krótkich dżingli po muzykę do spektakli. Czy jest jakiś konkretny rodzaj muzyki, którą lubisz komponować?

 

Kocham muzykę filmową i taką przede wszystkim chciałbym komponować. Ufam, że kiedyś będę mógł przystąpić do filmowego projektu. Pracowałem już przy etiudzie Ity Sypniewskiej z Warszawskiej Szkoły Filmowej i było to dla mnie kapitalne doświadczenie. Czekam na więcej. (śmiech) Nie czekam z założonymi rękoma, ostro pracuję.

 

Lubię mroczne brzmienia. Marzę o zrobieniu muzyki do horroru. Paradoksalnie groza najlepiej oswaja wszystkie lęki. Jestem absolutnym fanem dobrych horrorów. Ten gatunek filmowy daje wielkie możliwości kreacyjne dla kompozytora. I oczywiście wszelkie filmy historyczne ze scenami batalistycznymi. To jest dla mnie najlepsze wyzwanie. Praca nad słuchowiskiem dla Wydawnictwa Zysk i S-ka pokazała też moją drugą stronę, bardziej kameralną, oszczędną, opartą na kilku dźwiękach.

 

Co bardziej lubię komponować? Kocham wielkie przestrzenie muzyczne, ale potrzebuję też ciszy, jak we fragmentach słuchowiska z Lukardis.

 

 

 

Nad czym obecnie pracujesz?

 

Obecnie pracuję nad dżinglami do programu 360 TUNE BOX. To bardzo współczesne rytmy od rapu do indie, przez pure pop czy chill. Mam też propozycje złożenia moich kompozycji do amerykańskiego katalogu „The Goo”. I czekam na szansę w filmie. Chciałbym, żeby to był np. serial do „Korony krwi i lodu” albo do najnowszej powieści Elżbiety Cherezińskiej pt. „Legion”. I mam marzenie…chciałbym zrobić muzykę do kolejnej części Batmana albo Spidermana (śmiech). Naprawdę!

 

 

 

Dziękujemy za rozmowę!

 

Zapraszamy do odwiedzania strony kompozytora: www.gauermusic.com

oraz jego profilu Facebook: www.facebook.com/gauermusic

 

 

z Tadeuszem Gauerem rozmawiała Magdalena Maserak-Narolska i Łukasz Narolski