Osada służebna Rybaki

1 lutego 2016

Osady na obszarze ziem piastowskich, których mieszkańcy zostali przez monarchię objęci jednakową wyspecjalizowaną powinnością, zwano służebnymi. Ich nazwy zazwyczaj pochodziły od zajęcia wykonywanego przez mieszkańców, np. w Owczarach hodowano owce, a w Kobylnikach konie, w Szczytnikach wytwarzano tarcze, zaś w Rybakach łowiono ryby.

 

Projekt pokazu rybackiego, w czasie którego będziemy mogli zająć się wyłącznie połowem ryb, interesował nas od dawna. Wspólnie z Jackiem Tesławskim z Osady Krajeńskiej poczyniliśmy pierwsze próby w czasie Festynu Archeologicznego w Biskupinie w 2014 roku. Chcieliśmy jednak, by nasze działania miały szerszą formę i były skierowane do większego grona odbiorców. Wszak odtwórcy dawnych epok wykonują swój zawód nie tylko dla własnej przyjemności, lecz przede wszystkim po to, by zdobytą wiedzą dzielić się ze zwiedzającymi skanseny oraz festyny historyczne.

 

gniezno1

 

Projekt dużego pokazu rybackiego zaproponowałem dr. Michałowi Bogackiemu, dyrektorowi Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie. Okazją do jego realizacji był festyn historyczny „Koronacja Królewska”. Impreza ta organizowana jest w Gnieźnie co roku pod koniec lipca i odbywa się na błoniach przy katedrze. Nas organizatorzy umieścili na niewielkiej wyspie znajdującej się na jeziorze Jelonek, nieopodal Muzeum. Ponieważ byliśmy oddzieleni od centrum festynu, nadaliśmy sobie miano osady służebnej.

 

Cała osada składała się z czterech namiotów oraz wiaty zajmującej w środku placu. Pracowaliśmy w składzie: niżej podpisany, Michał Ostrowski oraz Jacek Tesławski, jako starsi rybacy; Andrzej Wojdan, Michał Błaszko, Sławek Uta – pomocnicy rybaków; Magda Tesławska, Iga Tesławska, Justyna Ludwińska, Łukasz Gackowski – obróbka ryb.

 

gniezno2 

Oprócz obozowiska wyposażonego zgodnie z przekazem historycznym przygotowani byliśmy do przeprowadzenia dwóch zajęć praktycznych: połowu siecią wleczoną oraz drygawicą.

 

Dlaczego te dwie sieci? Ponieważ z dużym prawdopodobieństwem 1000 lat temu, takich właśnie używano. O pracy niewodami, czyli dużymi sieciami wleczonymi pisze prof. Marian Rulewicz opierając się na znalezionych w Gdańsku oraz Szczecinie, szelkach niewodowych (urządzenie pomagające wydobyć z wody ciężką sieć). Ponadto w Gdańsku znaleziono niezwykle bogatą kolekcję pływaków, wiele z nich o rozmiarach mogących sugerować używanie ogromnych sieci wleczonych.

 

Drygawica jest natomiast jedną z najstarszych sieci używanych przez rybaków. Nazywana bywa drygubicą, słępem, mrzeżą. Jest to sieć dwu lub trójścienna. Z czego sieć 1 i 3 ma duże oka, a sieć 2 – zwana jadrem, ma oka drobne. Jest też „luźna”, w stosunku do napiętych sieci 1 i 3.

 

gniezno3

 

Znalezisko wskazujące na używanie tego typu sieci odkryto przed wojną w Szczecinie, były to trzy fragmenty sieci leżące jeden na drugim. Tak jak w opisanym przykładzie sieć 1 i 3 wykonana z łyka lipowego miała duże oka, wewnętrzne jadro, zrobione było z „włosia zwierzęcego” i miała drobne oczka.

 

Niewód z którego korzystaliśmy to 30 metrowy włok szyty z bawełny przez Przemysława Zielińskiego. Pływaki z kory topolowej oraz gliniane gręzy wykonał Jacek Tesławski. Sam też sieć uzbroił oraz barwił w korze olchowej.

 

Drygawicę składałem z dwóch warstw zużytych sieci łososiowych (bawełna barwiona dębem) oraz z lnianej sieci szprotowej. Do uzbrojenia użyłem pływaków z sosny, kory brzozowej. Jako gręzy posłużyły, zebrane na miejscu, kamienie oplecione łykiem.

 

gniezno4

 

Wydawanie niewodu skoordynowaliśmy z rejsami łodzi Welet, która dowoziła turystów na wyspę. Sieć wydawana była z jej pokładu.

 

Sieć składaliśmy na brzegu, następnie oddawaliśmy jedno ramię na pokład łodzi. Welet opływał akwen, aż do momentu sygnalizowania końca sieci. Ważna była komunikacja pomiędzy łodzią, a rybakami. Informowaliśmy jej załogę o wejściu do wody pierwszego „byka”, czyli drewnianej rozpory, jadra, czyli „worka sieci” – wtedy Welet zaczynał zawracać, przy „drugim byku w wodzie” łódź musiała być już w okolicy brzegu. Jeden rybak odbierał sznur i zaczynało się ściąganie sieci na brzeg.

 

Im więcej sieci mieliśmy na plaży, tym więcej rybaków oraz – ku naszej radości – turystów włączało się do pracy.

 

gniezno5

 

Sieć ściągaliśmy bardzo powoli, by przyśpieszyć niedaleko brzegu, a następnie ścisnąć ramiona, zbliżając się do siebie. Przeciągaliśmy ją kilkakrotnie nie uzyskując wielkich efektów. Złowiliśmy tylko jednego małego leszcza. Cieszyliśmy się jednak, że dostarczyliśmy emocji zebranym turystom.

 

Po połowach doszliśmy do wniosku, że niewód z którego korzystaliśmy, ma za mały włok, czyli worek z sieci łączący oba jej ramiona. Na linach nie zainstalowaliśmy „pęczków”, których zadaniem jest mącenie wody i płoszenie ryby do wnętrza pułapki. A co najistotniejsze, nie dostosowaliśmy czasu połowu do zachowań ryb.

 

Bardziej skuteczne okazało się użycie słępu. Sieć długości około sześciu metrów ustawiliśmy pod ostrym kontem do linii trzcin i zostawiliśmy na noc. Rankiem, po ściągnięciu sieć okazało się, że utkwiło w niej dziesięć ryb, w tym jeden okazały karaś złocisty.

 

 gniezno6

 

Obróbka ryby polegała na wędzeniu w kłodzie drewnianej oraz w jamie. Obie metody okazały się równie skuteczne. Szczególnie jama przyciągała uwagę zwiedzających. Nasza „sekcja kuchenna” przygotowała także zupę z głów rybich, czyli popularną, wschodnioeuropejską „uchę”. Założeniem kuchni był brak jakichkolwiek garnków metalowych. Wyszliśmy z założenia, że rybaków wczesnośredniowiecznych nie było stać na kosztowną zastawę. Wykorzystywaliśmy repliki wczesnośredniowiecznych naczyń wykonane przez Valerego Zinkevicza z Białorusi. Garnki były wypalane w piecach darniowych.

 

Ceramika znakomicie spełniła swoje zadanie, choć gotowaliśmy w otwartym palenisku na świeżym powietrzu. Niewątpliwą jej zaletą jest utrzymywanie wysokiej temperatury przygotowanych potraw, nawet po wyjęciu z ognia.

 

gniezno7

 

Pokaz cieszył się dużym zainteresowaniem zwiedzających, choć oddalony był od głównego miejsca festiwalowych wydarzeń. Okolica jeziora Jelonek sprzyjała oddaniu średniowiecznego klimatu. Dopilnowanie obozowiska, skoncentrowanie się na maksymalnym wykorzystaniu kopii średniowiecznych narzędzi sprawiało, że pokaz miał wysoką wartość merytoryczną.

 

Dla nas, odtwórców, była to wyjątkowa okazja do sprawdzenia wielu narzędzi, których zwykle testować nie możemy. Pozwoliła również na zorientowanie się co do zakresu prac i samej współpracy w pierwszych wczesnośredniowiecznych stowarzyszeniach rybackich.

 

Michał Ostrowski

 

Fotografie pochodzą z archiwum własnego Jacka Tesławskiego i Michała Ostrowskiego.